Opór w sercu neoliberalnego reżimu – Odpowiedzi niemieckiej lewicy na kryzys Unii Europejskiej

„Znów jesteśmy tymi Niemcami, przed którymi zawsze nas ostrzegano” – napisał na Twitterze redaktor naczelny lewicowego tygodnika „Der Freitag” Jakob Augstein trzy dni po referendum, w którym zdecydowana większość Greków opowiedziała się przeciwko polityce cięć socjalnych. Strażnikiem neoliberalnej Europy jest dziś przede wszystkim rząd Angeli Merkel, dlatego o ile kryzys postawił wiele nowych pytań i wyzwań przed całą europejską lewicą, o tyle niemieckie ruchy i ugrupowania znalazły się w szczególnej sytuacji.

Kiedy w Atenach na ulice wychodziły setki tysięcy osób, w Berlinie liczba demonstrantów nie przekraczała kilku tysięcy. Ulice powinny były płonąć, pisał „Lower Class Magazine”, wskazując na fakt, że Syriza nie znalazła w Europie i Niemczech wielu sprzymierzeńców oraz że zabrakło protestów wychodzących poza gesty solidarności „na pokaz”.

Nie oznacza to jednak, że w Niemczech nie ma jaskółek zapowiadających europejską wiosnę. Jedną z nich jest, należące do ogólnoeuropejskiego ruchu, porozumienie Blockupy. Tworzą je przedstawiciele i przedstawicielki różnorodnych emancypacyjnych grup i organizacji, w tym między innymi Lewica Interwencyjna (Interventionistische Linke), ATTAC, Occupy Frankfurt, związki zawodowe, ugrupowania młodzieżowe i studenckie oraz partia Die Linke.

O wyzwaniach i szansach stojących przed radykalną lewicą w Niemczech w kontekście kryzysu Unii Europejskiej i sytuacji w Grecji rozmawiam z Hannah Eberle.

Michalina Golinczak: W waszym tekście opublikowanym 12 lipca przypominacie, że imperia zawsze upadają od wewnątrz i podkreślacie szczególną rolę ruchów lewicowych w Niemczech. W jaki sposób można zbudować skuteczny opór w „sercu reżimu kryzysowego”, taki, który byłby czymś więcej niż demonstracje i wzywanie do solidarności?

Hannah Eberle: To ważne pytanie, które musimy sobie postawić. W Blockupy uważamy, że bez zmian w Niemczech nie można myśleć o innej Europie, bo to właśnie tutaj, w bardzo dużej mierze, jest wytyczany kierunek europejskiej polityki. I teraz to widać wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej. W związku z tym jest dla nas czymś oczywistym, że solidarność, a zwłaszcza solidarność z mieszkańcami Europy Południowej, może oznaczać dla nas tylko jedno – uprawianie polityki tutaj na miejscu i atakowanie niemieckiego rządu. To po pierwsze. Po drugie, nasze działania i postulaty muszą docierać do coraz większej liczby osób. Dlatego dużą wagę przywiązujemy do spotkań i rozmów z różnymi grupami oraz zachęcamy ludzi do tego, by działali na rzecz innej polityki. Taki cel przyświeca naszym akcjom obywatelskiego nieposłuszeństwa lub dużym demonstracjom, jak ta, która odbyła się w marcu tego roku we Frankfurcie nad Menem1. Temu służy także ciągła praca informacyjna – jak nasz blog Blockupy goes Athens czy spotkania i dyskusje. W ten sposób chcemy wpłynąć na dominujący dyskurs w społeczeństwie niemieckim.Bo naszą politykę solidarności możemy uprawiać tylko tutaj.

MG: Czy ruchy lewicowe w Niemczech „skorzystały” z wydarzeń w Grecji po wyborczym zwycięstwie Syrizy? Jeśli tak, to co się zmieniło? Czego się nauczyliście?

HE: Tutejsze ruchy społeczne i grupy lewicowe reprezentują oczywiście bardzo różnorodne opinie i tworzą bardzo zróżnicowany krajobraz. Myślę jednak, że nauczyliśmy się przede wszystkim dwóch rzeczy. Po pierwsze, stało się jasne, że lewica u władzy w obecnej Europie ma poważne trudności z przetrwaniem choćby jedną kadencję. I tak będzie, jak długo istnieje kapitalistyczna hegemonia w Europie, wspierana w znacznej mierze przez Niemcy. Pokazał nam to rząd Syrizy, a raczej walka Greków i Greczynek o godne życie. To jest to, czego nauczyły się przede wszystkim ruchy lewicowe. Nie istnieje jakieś pojedyncze centrum władzy, przeciwko któremu możemy walczyć, ale mamy do czynienia z bardzo mocno zakorzenionym dyskursem kapitalistycznej, neoliberalnej doktryny, która jest konsekwentnie wcielana w życie w całej Europie. I nawet z pomocą demokratycznych wyborów nie można stawić jej czoła. Nawet przełom społeczny na skalę całego kraju – przecież tyle różnych osób wyszło na ulice w Grecji, nie tylko przedstawiciele radykalnej lewicy – również nie wystarczył, aby można było skutecznie realizować inny model polityki. To stawia nas przed ogromnym wyzwaniem – jako antykapitalistów i antykapitalistki, jako ludzi, którzy odrzucają TTIP2, jako ludzi, którzy chcą innej polityki klimatycznej, gospodarczej czy migracyjnej. Stało się dla nas jeszcze bardziej wyraźne, jak bezsilni jesteśmy teraz wobec takiego systemu.

Po drugie zaś, nawet lewicowcy, którzy są bardzo krytyczni wobec partii, zaczęli na nowo zastanawiać się na współpracą między partiami i ruchami społecznymi. Bo to właśnie obserwujemy teraz w Grecji czy w Hiszpanii – ludzie, którzy zaczynają się organizować, wcześniej czy później muszą się zastanowić, co wynika z wychodzenia na ulicę i zajmowania placów oraz jak znaleźć odpowiednią formę organizacji. To pytanie nie jest tak pilne w Niemczech, ale ono znowu się pojawiło i należy je w Europie na nowo postawić: w jaki sposób możemy się organizować, wykraczając poza to, co znamy z tradycyjnych partii niemieckich, czyli poza ściśle hierarchiczne struktury, gdzie baza i kierownictwo partii właściwie przestały się komunikować, jak to widać na przykładzie polityki migracyjnej Zielonych. I oczywiście musimy się też zastanowić, co oznacza dla osób o lewicowych poglądach tworzenie partii. Syriza sprawiła, że te wszystkie pytania pojawiły się na nowo.

MG: Mimo wszystko w Niemczech panuje względny spokój społeczny. Często tłumaczy się to faktem, że kraj gospodarczo skorzystał na kryzysie. Czy dotyczy to jednak większości społeczeństwa? A jeśli nie, jakie może być inne wyjaśnienie braku masowych protestów?

HE: To, czy Niemcy skorzystały na kryzysie, czy nie, ustala się jedynie na podstawie liczb, a te nie zawsze są według mnie decydujące. W Niemczech istnieje problem biedy, wiele osób pracuje na umowach śmieciowych, żyje na granicy ubóstwa, doświadcza eksmisji na bruk. Coraz więcej ludzi ustawia się w kolejkach do instytucji, które rozdają jedzenie. Wiele osób musi zbierać butelki, by móc przeżyć. To wszystko wskazuje na to, że rozruchy mogą i powinny się pojawić. I to nie tyle jako projekt solidarnościowy, ile jako konfrontacja z własną sytuacją społeczną. Jednakże mamy do czynienia z silną atomizacją społeczeństwa, wspieraną przez obecny system. Nie ma prób wspólnego, kolektywnego rozwiązywania problemów. I myślę, że to jest ta różnica względem sytuacji w Grecji – tam nastąpił taki moment, w którym ludzie, co widać było w referendum, powiedzieli: właściwie nie mamy nic więcej do stracenia. Być może przez następne trzy lata będziemy jeść tylko fasolę, ale tu chodzi o coś więcej. Tu chodzi o naszą demokrację, o naszą godność. Wprawdzie takie sytuacje w Niemczech są jeszcze sporadyczne, ale się zdarzają. Przykład – absolutnie fantastyczny moment tuż po greckim referendum, nie było nas może aż tyle, ale właściwie bez większej organizacji, spontanicznie na Oranienplatz na Kreuzbergu przyszło 1500 osób. Nie było nas 10 czy 50 tysięcy, ale nie zawsze chodzi o liczbę, chodzi o to, by odważyć się wyrazić głos sprzeciwu.

MG: Jak można wyjaśnić, że mit, zgodnie z którym niemieccy podatnicy płacą za „leniwych Greków”, jest wciąż tak rozpowszechniony? Dlaczego przeważająca większość niemieckiego społeczeństwa udziela poparcia dla polityki cięć i dla niemieckiej pozycji negocjacyjnej wobec Grecji?

HE: Nie ma prostej odpowiedzi na to pytanie. Na pewno znaczenie ma obecny, bardzo obrzydliwy, dyskurs medialny. Niezwykle trudno stworzyć dyskurs przeciwstawny. Mit ten propagują poczytne gazety, a media publiczne w żaden sposób go nie kwestionują. Nie podejmuje się prób jego obnażenia i powiedzenia, że niemiecki podatnik nie zapłacił, jak dotąd, ani centa. Teraz, co prawda, ludzie zaczynają współczuć Greczynkom i Grekom, powstają różnorodne inicjatywy solidarnościowe, na przykład zbiórki ubrań i ich wysyłka do Grecji. Działania te nie wykraczają jednak poza poziom współczucia, co jest problemem, bo to oznacza, że kryzys wciąż nie jest postrzegany jako kwestia polityczna. W niemieckich mediach brakuje rzetelnych analiz i tak potrzebnej krytyki działań rządu. Najpóźniej w momencie referendum ludzie w Grecji zdali sobie sprawę, że już dawno nie chodzi o długi, o to, kto komu i ile jest winien. W końcu stało się jasne, że chodzi o demokrację, o pytanie, w jakiej Europie chcemy żyć. Widać to także bardzo dobrze na przykładzie TTIP czy polityki migracyjnej, pojawiło się teraz sporo takich tematów wywołujących duże dyskusje. Jednak media nie zachęcają ludzi do głębszej analizy tych kwestii, do zajęcia stanowiska politycznego. Zawsze kończy się na prostym populizmie. Nie tylko w Grecji, ale też w Hiszpanii, Irlandii i we Włoszech widać teraz wyraźnie, że najważniejsze pytanie dotyczy podziału na „górę” i „dół”. Wydaje mi się, że takie rozumienie problemu jeszcze do Niemiec nie dotarło, choć i tutaj powiększa się przepaść między bogatymi a biednymi. Niemcy wstydzą się jeszcze postawić to pytanie w ten sposób, ale przed tym wyzwaniem należy stanąć. I prowadzi ono logicznie do stwierdzenia, że mamy do czynienia w Europie z czymś, co możemy nazwać walką klas 2.0, bez popadania przy tym w komunistyczny żargon.

MG: Porozmawiajmy o hegemonii. Ważny cel niemieckiej polityki antyfaszystowskiej – Nie wieder Deutschland(„Nigdy więcej Niemiec”) – zdaje się ponosić klęskę. Niemcy znów zajmują pozycję hegemoniczną w Europie. Jak do tego doszło i jak można temu przeciwdziałać?

HE: Myślę, że, po pierwsze, należy stwierdzić, iż nie tylko w konserwatywnej czy prawicowej części społeczeństwa brakuje świadomości roli Niemiec w polityce zarządzania kryzysem, lecz że dotyczy to jego większości. A pytanie, które zadajemy sobie w Blockupy, brzmi: jak zachowujemy się wobec tego rządu, który cały czas wzmacnia niemieckie wpływy, dyktuje politykę cięć socjalnych i zaciskania pasa w całej Europie, narzuca ludziom doktrynę neoliberalną. Na to zwracają już uwagę socjologowie czy ekonomiści w innych krajach. Jednak w niemieckim społeczeństwie wciąż nie ma debaty na ten temat. Zdecydowanie za mało jest tutaj krytyki działań własnego rządu. I to jest problem. Dlatego też do naszych zadań należy komunikowanie, pokazywanie tej dominacji, wyjaśnianie jej. Tę kwestię musimy w końcu dobrze opisać i poddać gruntownej analizie.

MG: Podczas negocjacji niektóre państwa, zwłaszcza Francja, próbowały po części kwestionować hegemoniczną pozycję Niemiec. Jak oceniasz te próby?

HE: Jak już wspomniałam, nie istnieje jeden ośrodek władzy, ale nie ulega wątpliwości, że europejską politykę w dużym stopniu dyktuje rząd Niemiec, który tworzy znaczącą część neoliberalnej elity. Nie można jednak ulegać złudzeniu, że wystarczy zmiana u władzy w Niemczech, a wszystko nagle zmieni się na lepsze. Absolutnie nie. Tylko wtedy, gdy w całej Europie, jednym głosem, powiemy – nie chcemy tak żyć, dosyć, mówimy oxi („nie”) neoliberalnemu reżimowi, mówimy „nie” sposobowi życia, w którym pracujemy na umowy śmieciowe, życia na granicy ubóstwa, w którym musimy się obawiać, że zostaniemy wyrzuceni na bruk – coś będzie mogło się zmienić.Bez tego nie nastąpi żaden przełom. I oczywiście Berlin należy do miejsc, gdzie opór znów powinien być widoczny. Ale pamiętajmy, że rządy są wymienialne, jeśli cały proces pozostaje podporządkowany pewnej logice. I dlatego protesty Blockupy raczej nie dotyczą pojedynczych politycznych marionetek, bo te można w każdym momencie zastąpić kimś innym. Trzeba jednak przyznać, że trudno sobie wyobrazić, by ktoś inny był zdolny do czegoś takiego jak Schäuble, choć pewnie ktoś taki by się znalazł. I na to nie możemy dać się nabrać. Dotarliśmy do takiego momentu historycznego, w którym widać, że jeśli chcemy zmiany, musimy wyjść na ulice i sami zacząć budować coś nowego. Musimy żyć solidarnie i to musi zacząć dziać się oddolnie. Myślę, że to jedyna droga, aby złamać niemiecką hegemonię.

MG: Porozmawiajmy jeszcze Grecji. Również w obrębie niemieckiej lewicy debata na temat rządów Syrizy jest bardzo burzliwa. Część zarzuca Tsiprasowi zdradę, inni tłumaczą nowy kurs. Krytykom zarzuca się często, że w swoim środowisku niewiele robią, a od greckiego rządu oczekują socjalistycznej rewolucji. W jaki sposób powinna wyglądać krytyczna solidarność z Syrizą i innymi grupami lewicowymi w Grecji?

HE: Niełatwo odpowiedzieć na to pytanie, bo, jak już wspomniałam, krajobraz lewicowy w Niemczech tworzą bardzo zróżnicowane podmioty, a nawet w obrębie Blockupy różne grupy i osoby mają odmienne poglądy w tej kwestii. Dyskutujemy o Grecji, jednak w centrum naszego zainteresowania pozostaje sytuacja w Niemczech. Mamy świadomość, że w powinno się dziać tutaj o wiele więcej, że sprzeciw wobec rządu Merkel powinien być silniejszy. Działania Syrizy należy postrzegać w pełnym kontekście – w świetle presji i szantażu ze strony neoliberalnych elit, które za wszelką cenę chciały ten rząd zdyskredytować. Bez nacisku społecznego nie byłoby pewnie Syrizy, a gdyby towarzyszył temu nacisk społeczeństwa niemieckiego, sytuacja też mogłaby wyglądać nieco inaczej. Dlatego nie do nas należy ocenianie każdego kroku greckiego rządu, tym bardziej, że widzimy, iż na tym rządzie dokonano zamach stanu, a uczynił to, między innymi, rząd, który ma siedzibę w moim mieście. I właśnie to chcemy poddawać krytycznej dyskusji. Nie chcę bronić Syrizy czy ją usprawiedliwiać, jednak trzeba mieć świadomość, że rząd grecki nie miał w ciągu ostatnich miesięcy szansy, aby wprowadzić liczące się zmiany – nacisk z zewnątrz był zbyt duży. I kiedy nie ma ani centa, kiedy jest się zmuszonym zamknąć banki, wtedy oczekiwanie, że rząd zacznie wzywać do budowy socjalizmu, zakrawa na naiwność. Oczywiście, że teraz zaczynają się spory: czy Syriza powinna była inaczej rządzić, przygotowywać „grexit” i tak dalej. Opinie są podzielone. Ale jak podkreśliłam, ocenianie działań greckiego rządu nie jest naszym zadaniem.

MG: Powiedz jeszcze, czym się teraz zajmujecie, jakie macie plany na najbliższe miesiące i jak można was wesprzeć.

HE: We wrześniu organizujemy w Berlinie spotkanie wszystkich aktywnych i zainteresowanych działaniem w porozumieniu Blockupy. Mam nadzieję, że weźmie w nim udział wiele osób, nie tylko z Niemiec, ale z całej Europy. Podczas tego spotkania chcemy podjąć decyzję w sprawie następnego dużego działania – może będzie to masowa mobilizacja w Berlinie, być może kolejne akcje we Frankfurcie. Na pewno jednak chcemy działać dalej, chcemy pokazać, że Niemcy mają inne oblicze, że również tutaj jest opozycja i to coraz silniejsza. Poza tym będziemy mieć uszy i oczy otwarte na to, co dzieje się w pozostałych częściach Europy, zwłaszcza w Grecji, a także w Hiszpanii w obliczu zbliżających się wyborów parlamentarnych.

Jak można nas wspierać? Przede wszystkim śledzić sytuację, angażować się, uczestniczyć w akcjach lokalnych i międzynarodowych. Ostatecznie nie chodzi jednak o to, aby wspierać konkretnie Blockupy, ale raczej o pytanie, jak we własnym środowisku odważnie powiedzieć oxi. Przed tym wyzwaniem stoimy wszyscy, niezależnie od tego, czy działamy w ramach Blockupy czy w innej formie. Wyzwanie to stoi przed nami na poziomie ogólnoeuropejskim. Idea Blockupy sprowadza się do tego, że w całej Europie ludzie w swoim lokalnym środowisku szukają sposobu skutecznego przeciwstawienia się neoliberalnemu reżimowi kryzysowemu. To nas do siebie zbliża i sprawia, że możemy stawać się silniejsi. Do takich działań wszystkich zachęcamy i zapraszamy.

MG: Dziękuję za rozmowę.

PRZYPISY:

1. W protestach przeciwko polityce cięć socjalnych w dniu otwarcia nowej siedziby Europejskiego Banku Centralnego 18 marca 2015 wzięło udział około 17 tysięcy osób.

2. TTIP (Transatlantyckie Porozumienie Handlowo­‑Inwestycyjne) – porozumienie handlowe negocjowane od 2013 roku pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską, poddawane krytyce z uwagi na tajny charakter rozmów, element (prywatnych) sądów arbitrażowych w sporach inwestorów z państwami oraz negatywny wpływ na standardy dotyczące prawa pracy, żywności czy ochrony środowiska.